Dawno temu, w małym wiejskim domku w Japonii, żył chłopiec, który był mniejszy i wątlejszy niż jego rodzeństwo. Nie potrafił nosić drewna na opał tak jak oni i szybko się męczył, gdy próbował pomagać w polu. Ale kiedy trzymał pędzel w dłoni, jego oczy błyszczały, a palce zaczynały tańczyć. Gdziekolwiek widział biały papier, chciał rysować koty: małe koty, duże koty, koty, które się skradały, koty, które spały. Nie mógł się powstrzymać.
— Nasz chłopiec nie jest stworzony do ciężkiej pracy — powiedziała zmartwiona matka. Ojciec przytaknął. — Jest bystry i ostrożny. Być może nadawałby się do świątyni, gdzie mógłby czytać i pisać. Zdecydowali więc, że powinien zostać wysłany do pobliskiej świątyni, by uczyć się u starego mnicha.
Świątynia była cicha i piękna. Były tam długie korytarze, papierowe drzwi i zapach kadzidła. Stary mnich przyjął chłopca życzliwie i dał mu ćwiczenia z czytania i pisania. Chłopiec próbował, ale wkrótce jego ręka zaczęła sama szukać tuszu i pędzla. Na marginesach arkuszy ćwiczeń pojawiały się małe kocie uszy, wąsy i miękkie łapy. Wkrótce koty pojawiły się na wachlarzach, wypełniły marginesy i przemykały przez stare parawany.
Mnich widział to i początkowo się uśmiechał, bo koty były piękne. Ale pewnego dnia mnich westchnął i pokręcił głową. — Mój synu — powiedział łagodnie — twoje koty są wspaniałe, ale zapominasz o nauce. Być może nie jest ci pisane być mnichem. Niektórzy są stworzeni do książek, inni do sztuki. Musisz podążać za tym, co jest dla ciebie właściwe.
Serce chłopca zamarło. Nie chciał sprawiać kłopotów. Mnich kontynuował: — Zanim odejdziesz, dam ci radę, którą musisz starannie zapamiętać: Unikaj dużych miejsc w nocy. Trzymaj się małych.
Chłopiec ukłonił się głęboko i podziękował mu. Słowa brzmiały dziwnie, jak zagadka. Ale schował je w sercu i wyruszył w drogę.
Wstydził się wracać bezpośrednio do domu, więc powędrował do następnej wioski. Słońce zaszło, a cienie się wydłużyły. Kiedy poprosił o nocleg, ludzie zaczęli szeptać. — Nie śpij w tej dużej świątyni — powiedziała pośpiesznie kobieta. — Stoi opuszczona. Coś strasznego wszystkich odstraszyło. Ci, którzy odważyli się zostać, słyszeli drapanie i wycie w nocy.
Chłopiec spojrzał w stronę horyzontu. Wznosiła się tam większa świątynia, ciemna i cicha. Czuł w sobie zarówno strach, jak i ciekawość. Pomyślał o radzie mnicha. Duża świątynia była oczywiście dużym miejscem. Był jednak zmęczony i głodny i wiedział, że będzie tam przynajmniej dach nad głową. — Tylko trochę odpocznę — wymamrotał. — I będę trzymał się małego kąta.
Wślizgnął się przez skrzypiącą bramę. Kurz tańczył w poświacie ostatniej smugi wieczornego światła. Sala była szeroka jak spokojne jezioro, z wysokimi filarami i przesuwnymi drzwiami z papieru. Na półce znalazł małą lampkę oliwną i zapalił ją. Światło sprawiło, że pokój stał się mniej przerażający. Na podłodze znalazł worek z kilkoma kulkami ryżowymi, które ktoś zostawił. Zjadł ostrożnie i poczuł, że odwaga wraca.
Wtedy zobaczył puste parawany. Były jak śnieżnobiałe pola czekające na ślady. Palce chłopca zaczęły świerzbić. Wziął swój pędzel, zanurzył go w tuszu i zaczął rysować koty. Najpierw małego, przeciągającego się. Potem takiego myjącego łapę. Wkrótce koty bawiły się wzdłuż całej ściany i wyglądały tak żywo, że prawie można było usłyszeć ich mruczenie. Rysował, aż stało się ciemno jak w nocy i lampa zaczęła migotać.
Wtedy nagle przypomniał sobie słowa mnicha: — Unikaj dużych miejsc w nocy. Trzymaj się małych. Spojrzał na ogromną salę i zadrżał. Szukał, aż znalazł małą komnatę mnicha za ołtarzem, ledwo większą od szafy. W niej położył się ciasno zwinięty, ze zgaszoną lampą, i zasunął drzwi. — To jest małe miejsce — szepnął do siebie.
Zapadła noc. Początkowo słychać było tylko wiatr. Potem nadeszło słabe drapanie, jakby paznokcie ciągnęły po drewnie. Drapanie stało się cięższe, przechodząc w odgłos stąpania, a następnie w dudnienie, które wypełniło wielką salę. Serce chłopca biło mocno. Wstrzymał oddech. Ostry krzyk przeciął ciemność i coś wielkiego przetoczyło się przez podłogę. Po tym nastąpiło syczenie, dziki tumult, jakby wiele ciał poruszało się z prędkością błyskawicy. Rzeczy darły się i trzaskały, po czym wszystko ucichło naraz.
Chłopiec nie ważył się ruszyć przez długi czas. Dopiero gdy światło świtu wkradło się przez papierowe drzwi, powoli otworzył przesuwane drzwi komnaty. Sala była nieruchoma. Na środku podłogi leżał gigantyczny szczur, większy niż jakikolwiek, jakiego kiedykolwiek widział, z matowymi oczami i nieruchomym ciałem. Cofnął się o krok, drżąc. Wtedy dostrzegł ściany.
Koty, które narysował poprzedniego wieczoru, patrzyły na niego z parawanów. Wciąż były tylko obrazkami, ale coś wyglądało inaczej. Przy ustach kilku z nich były małe ciemne plamy, jakby zostały zabarwione czymś czerwonym. Chłopiec nie rozumiał, jak to było możliwe, ale czuł to w całym ciele: jego koty chroniły go w nocy.
Mieszkańcy wioski odważyli się podejść, gdy słońce stało wysoko. Znaleźli chłopca wciąż w wielkiej sali, jego namalowane koty na parawanach i budzącego strach gigantycznego szczura, który zniknął na zawsze. Wysłuchali jego historii i zobaczyli plamy na parawanach. Nikt się z niego nie śmiał. Zamiast tego ukłonili się głęboko i podziękowali mu. — Ocaliłeś naszą świątynię — powiedzieli. — Zostań tutaj. Niech twoje koty czuwają nad nami.
Plotka się rozeszła. Chłopiec, który rysował koty, był zapraszany do innych świątyń i domów, gdzie malował koty na drzwiach i ścianach. Jego koty zawsze wyglądały jak żywe, z wąsami, które prawie drżały, i oczami, które lśniły. Stał się sławnym artystą, nie dlatego, że próbował być kimś, kim nie był, ale dlatego, że podążał za darem, który już w nim był.
I przez całe życie pamiętał słowa mnicha: — Unikaj dużych miejsc w nocy. Trzymaj się małych. Rada go ocaliła i nauczyła go czegoś więcej: Kiedy serce płonie do czegoś dobrego, jak tworzenie piękna, może to być źródłem pomocy i odwagi – zarówno dla samego siebie, jak i dla innych.
Tak zakończyła się historia chłopca, który rysował koty, i który znalazł swoją drogę przez zagadkę, noc grozy oraz rząd namalowanych wąsów.
Koniec

















