Dawno temu żył farmer z trzema synami. Dwaj najstarsi byli silni i dumni. Najmłodszy nazywał się Boots, ponieważ lubił siedzieć przy ciepłym piecu i szorować swoje buty, i wszyscy myśleli, że niewiele z niego będzie. Ale Boots obserwował i słuchał więcej niż mówił.
W każdą Noc Świętojańską działo się coś dziwnego. Najlepsza łąka farmera – gęsta od słodkiego siana – zostawała spłaszczona w jedną noc, jakby olbrzym się na niej turlał. Farmer załamywał ręce. „Jak nakarmimy krowy, jeśli nasza łąka jest zrujnowana?” – wołał. W końcu powiedział: „Jeden z was musi trzymać wartę, kiedy Noc Świętojańska nadejdzie znowu”.
Najstarszy syn poszedł pierwszy. Naostrzył kosę, wetknął nóż za pas i powiedział, że pokaże złodziejowi to i owo. Siedział na łące do północy. Wtedy ziemia zaczęła drżeć. Zatrzęsła się raz, dwa, trzy razy, tak mocno, że trawa falowała jak morze, a kamienie podskakiwały. Najstarszy syn poczuł, jak dzwonią mu zęby. Przeskoczył przez płot i pobiegł do domu tak szybko, jak niosły go nogi. Rano łąka była zgnieciona płasko jak naleśnik.
Następnej Nocy Świętojańskiej drugi syn powiedział: „Jestem odważniejszy niż on. Naprawię to”. Siedział na łące do północy. Ziemia zatrzęsła się raz, dwa, trzy razy, jeszcze głośniej niż wcześniej. Drugi syn poczuł serce walące w gardle. Uciekł, a rano łąka była znowu zrujnowana.
Gdy nadeszła trzecia Noc Świętojańska, Boots powiedział cicho: „Pozwólcie mi spróbować”. Jego bracia drwili, ale farmer westchnął i kiwnął głową. Boots wziął kawałek placka owsianego i kawał sera i poszedł na łąkę sam. Siedział bardzo nieruchomo i patrzył, jak gwiazdy wspinają się po niebie.
O północy ziemia zatrzęsła się raz, dwa, trzy razy, jak grzmot toczący się pod jego stopami. Trawa ugięła się i pęknięcie otworzyło się w zboczu wzgórza. Wyskoczył z niego wielki koń z miedzianym siodłem i uzdą, a obok leżała zbroja z miedzi, w sam raz na jeźdźca. Koń tupał i parskał. Boots nie uciekł. Szybki jak mrugnięcie, złapał miedzianą uzdę i przemówił łagodnie. „Spokojnie, teraz. Żadnej krzywdy”. Koń potrząsnął grzywą, po czym stał cicho. Pozwolił Bootsowi wziąć siodło i zbroję też. Kiedy wstrząsy ustały, Boots odprowadził konia i ukrył go oraz miedziany sprzęt pod sianem w pustej szopie, gdzie nikt nie pomyślałby, żeby szukać. Rano łąka stała wysoka i bezpieczna.
Następnej nocy Boots znowu trzymał wartę. Ziemia zatrzęsła się jeszcze mocniej – raz, dwa, trzy razy – i srebrny koń wypadł, ze srebrnym siodłem i uzdą oraz lśniącą zbroją ze srebra. Boots był gotowy. Złapał uzdę, uspokoił konia poklepaniem i ukrył go ze srebrnym sprzętem obok pierwszego.
Trzeciej nocy drżenie ryczało jak burza. Złoty koń wyskoczył ze wzgórza, ze złotym siodłem i uzdą oraz zbroją ze złota, jasną jak słońce. Boots złapał i uspokoił go także, a potem ukrył. Po tym łąka nigdy więcej nie była niepokojona.
Niedługo potem wieści przeleciały przez kraj. Król zbudował górę ze szkła na wielkim polu przed swoim zamkiem. Była gładka jak lód i stroma jak wieża kościelna. Na samym szczycie siedziała córka króla, trzymając trzy złote jabłka. „Ktokolwiek zdoła wjechać na górę i wziąć te jabłka, otrzyma księżniczkę za żonę” – ogłosił król. Próba miała odbywać się przez trzy niedziele.
W pierwszą niedzielę farmer i jego dwaj najstarsi synowie ubrali się w swoje najlepsze rzeczy i poszli oglądać. Boots zapytał, czy on też może iść. „W tych nędznych ubraniach?” – śmiali się bracia. „Zostań w domu przy piecu”. Mimo to Boots poszedł, trzymając się z tyłu tłumu. Lordowie i rycerze popędzali konie i próbowali wjechać na szklaną górę. Pędzili w górę – zjeżdżali w dół. Kopyta stukały, ludzie przewracali się, i żaden nie wspiął się więcej niż kilka kroków.
Kiedy dzień prawie się kończył, a słońce chyliło się nisko, Boots wymknął się do lasu. Tam włożył miedzianą zbroję, dosiadł miedzianego konia i wgalopował na pole tak szybko, że wiatr gwizdał. Wszyscy odwrócili się, by się gapić. Miedziany koń ruszył w górę szklanej góry – jedną trzecią drogi, nie więcej – ale to było dalej niż jakikolwiek jeździec do tej pory. Księżniczka pochyliła się i rzuciła złote jabłko. Boots złapał je w rękawicę. Zanim ktokolwiek mógł złapać jego uzdę lub zapytać o imię, zawrócił miedzianym koniem i zniknął w drzewach.
W drugą niedzielę był jeszcze większy tłum. Rycerze próbowali wjechać, ślizgali się i zjeżdżali, a ludzie krzyczeli i jęczeli. Blisko zachodu słońca Boots ubrał się w lśniące srebro i wjechał srebrnym koniem na pole. Wspiął się w górę – wyżej niż wcześniej, dwie trzecie drogi. Księżniczka uśmiechnęła się i rzuciła drugie jabłko. Boots złapał je i jak błyskawica odwrócił się i zniknął.
Trzeciej niedzieli pole było tak pełne, że wydawało się, iż nikt więcej nie mógł się zmieścić. „Teraz zobaczymy, kto weźmie ostatnie jabłko” – mówili wszyscy. Bracia przechwalali się głośno, że byli blisko wcześniej i na pewno wygrają dzisiaj. W ostatniej chwili jeździec w złotej zbroi na złotym koniu wypadł z lasu. Pojechał prosto na górę i wspiął się na sam szczyt. Złoty koń nie poślizgnął się wcale. Boots ukłonił się księżniczce. Upuściła trzecie jabłko w jego dłoń, a on zasalutował jej przed zjazdem i odjazdem.
Król stanął przed tłumem i zawołał: „Przyprowadźcie człowieka, który ma trzy jabłka, gdyż poślubi moją córkę”. Wielu wspaniałych dżentelmenów twierdziło, że zdobyli jedno, ale poproszeni o pokazanie go, żaden nie mógł. Dwaj najstarsi synowie farmera przechwalali się, że jabłka są w domu, bezpieczne w skrzyni, ale nie mieli nic, by to udowodnić.
Wtedy Boots wyszedł naprzód w swoich codziennych ubraniach. Ludzie śmiali się na początku, ale Boots sięgnął do swojej torby i położył wszystkie trzy złote jabłka przed królem. Oczy króla rozszerzyły się, a twarz księżniczki rozświetliła się radością. „Więc to ty jesteś jeźdźcem” – powiedziała. Boots kiwnął głową.
Król dotrzymał obietnicy. Boots poślubił księżniczkę tego samego dnia. Dzwony biły, a ludzie wiwatowali. Farmer zamrugał, po czym uśmiechał się, aż bolały go policzki. Co do dwóch starszych braci, nauczyli się trzymać język za zębami.
Boots nie był już cichym chłopcem przy piecu. Był jeźdźcem miedzianego, srebrnego i złotego konia, chłopakiem, który nie uciekł, gdy ziemia się trzęsła. On i księżniczka żyli szczęśliwie, a Boots pomagał królowi. I jeśli kiedykolwiek zobaczycie błysk na zboczu wzgórza w Noc Świętojańską, może to być po prostu blask uzdy, czekającej na kogoś na tyle odważnego i miłego, by ją chwycić.
Koniec














